Moja historia to dla mnie ciężki kawałek życia. Ciężkiego i smutnego dramatu, przez który nie raz moje życie traciło sens.  Mam 35 lat i 8 ciąż za sobą w tym 6 poronień do 13 tygodnia.
#
W październiku 2004 roku zaszłam w pierwszą upragnioną ciążę. Dowiedziałam się o fasolce 5 listopada w dniu moich urodzin,  cudowny prezent. Moja radość nie trwała długo.
#
1 grudnia obudziłam się z krwawieniem z którym udałam się do szpitala na oddział patologi ciąży.
*
Tam uświadomiono mnie, że oni nie wiedzą skąd jest krwawienie i mam psychicznie się nastawić, że ciąża może obumrzeć. Podawano mi zastrzyki i kazano leżeć i czekać 7 dni na usg. Załamałam się.
7 dni bez wiedzy co z dzieckiem. Nadszedł czas usg i okazało się, że dziecko żyje!
*
Moje życie nabrało sensu i powiedziałam sobie, że choćby nie wiem co urodzę! W czerwcu 2005 na świecie pojawiła się moja cudowna córka.
*
Moja historia dopiero się tak naprawdę rozpoczęła.
*
Nie starałam się o kolejne dziecko ponieważ uznałam, że psychicznie jestem wykończona ciążą i odpuszczam.  Jeszcze przyjdzie czas na kolejnego bobasa. Lata zaczęły uciekać i nadszedł ten moment. Po 5 latach zobaczyłam upragnione dwie kreseczki. W  styczniu 2010 roku dowiedziałam się o ciąży. Oczekiwania na pęcherzyk którego niestety nie było, trwały tygodniami. BetaHcg miała piękny przyrost, ale nie oznaczało to jednak nic dobrego. W 8 tygodniu ciąży zaczął się koszmar.
*
Pamiętam jak dziś, to był Dzień Kobiet, zaczęłam krwawic i bardzo bolał mnie brzuch. Byłam z córką  sama w domu, mąż w delegacji.
*
Uznałam, że zadzwonię na pogotowie, ponieważ traciłam świadomość. Była to słuszna decyzja. Po przewiezieniu na IP zbadano mnie, zrobiono usg. Jajowód, który był powiększony 7- krotnie niestety pękł, nastąpił wylew krwi do brzucha. Moja mama mieszkająca 50 km ode mnie, jechała po córkę do szpitala, bo inaczej Mała miała trafić na izbę dziecka. Mąż był bez możliwości powrotu do domu. Załamałam się. Przewieziono mnie na sale operacyjną, ponieważ stan zagrażał mojemu życiu.
*
Zdawałam sobie pytania które i tak zostały bez odpowiedzi. Usunięto mi prawy jajowód i powiedziano, że starania o dziecko spadają do 50% ale szansa na zajście w ciążę istnieje. Wtedy nie liczyło się dla mnie nic, zaparłam się psychicznie i obiecałam sobie, że zajdę w ciąże. Nie dziś, nie jutro, ale kiedyś na pewno! Nie dam za wygraną i pomimo tego wszystkiego będę mamą!
*
Rok później w 2011 kolejna próba zakończona sukcesem, widzieliśmy dwie kreseczki. Radość trwała bardzo krótko, bo  w 8 tygodniu poroniłam. Podjęliśmy decyzję, że pójdziemy do lekarza po pomoc. Zaczęliśmy od badań, hsg, hormonów.  Kolejne 2 ciąże również poroniłam. Diagnoza – niepłodność wtórna, wielotorbielowatość, endometrioza. Oczywiście wdrożono leczenie i kazano próbować, ja mimo zaparcia traciłam nadzieję, obwiniałam się o wszystko.
*
W 2013 kolejna ciąża. To był maj. Radość, łzy szczęścia, ale niestety różnica była taka, że poroniłam nieco później, bo w 11 tygodniu. Po tym poronieniu w czerwcu znowu byłam w ciąży. Zrozumiałam, że będę się cieszyć dopiero jak urodzę. Niestety i ta ciąża zakończyła się poronieniem.
*
Nadszedł czas wizyty u psychologa, nie dawałam rady sobie sama ze sobą. Ciężko mi było żyć, dobijał mnie widok ciężarnych, wózków, więc przestałam wychodzić z domu. Odcięłam się od wszystkich!
*
Zostałam sama z żałobą w sercu po starcie maluszków,  ten ból był nie do opisania.
*
Historia lubi się powtarzać.  Stanęłam na nogi psychicznie po około roku,  staraliśmy się znowu. Dwukrotnie straciłam ciąże. Wtedy nadszedł moment, kiedy powiedziałam sobie dość.
*
Widocznie nie dane nam mieć maleństwo, mam jedną córkę i dziękuję za nią Bogu.
*
Podałam się całkowicie. Odpuściłam marzenia o dziecku i zaczęłam życie na nowo. Poświeciłam się w domu, dziecku i pracy.
*

Ciąża po poronieniu

*
W 2017 roku zaczęłam się dziwnie czuć. Powiedziałam mężowi, że będę chora, dolegliwości raczej grypowe niż ciążowe nie mijały. W życiu nie pomyślałabym, że mogę być w ciąży. Zaczął mnie boleć brzuch, miesiączka była dziwna i trwała jeden dzień.
*
Mąż mówił, że za dużo pracuję.
*
Następnego dnia miałam wolne w pracy i postanowiłam zrobić po kryjomu betę. Wyniki pobrałam przez internet w domu. Oczekiwałam wyniku z mamą.  Kiedy zobaczyłam wynik wpadam w panikę, zaczęłam płakać. Moja mama gratulowała, a ja ze strachem w oczach tłumaczyłam jej, że nie zniosę kolejnej straty dziecka, że jak mam być w ciąży to proszę Boga niech mi pomoże donosić szczęśliwie.
*
Na wyniku było 871 – pamiętam to jak dziś. Płakałam nie z radości, ale z przerażenia. Zadzwoniłam do męża i powiedziałam mu, że jestem w ciąży. Mąż powiedział, że poczekajmy do 13 tygodnia ciąży i wtedy będziemy się cieszyć. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazała powtórzyć badania po 48 godz i przyjść. Kolejny wynik – 2000. Ginekolog stwierdziła, że nie możemy się jeszcze cieszyć, gdyż okres obciążeniowy trwa do 13 tygodnia. Musimy cierpliwie czekać. Z obawy o ciąże moje pierwsze USG było w 14 tygodniu.
*
Wtedy też zobaczyłam bijące serduszko i malutką fasolkę. Nie dowierzałam!  Pani doktor powiedziała, że teraz gratuluje mi ciąży.
*
Płakałam jak małe dziecko, człowiek tyle przeszedł, tyle bólu zniósł i wszystko zostało nam wynagrodzone
*
Dziś moja córka ma 11 miesięcy. Kocham ją nad życie. Jako mama mogę Wam powiedzieć, że warto przejść każdą drogę po szczęście.
*
Pamiętajcie, nadzieja czyni cuda i mimo chwil zwątpienia, gdzieś tam w sercu była ze mną zawsze.
*
Opaczność Boża nade mną czuwała.
*
Starsza urodzona 24 czerwca 2005 a młodsza 26 czerwca 2017.
*

Pozdrawiam E.


PRZECZYTAJ: 

Historia Agnieszki  o jej 7 aniołach

Jadłospis dla mężczyzn na 7 dni za 69,99 zł 

ZAMAWIAM 

Powered by WordPress Popup