“Adoptowałam dziecko, jestem szczęśliwa” napisała Karolina, kilka dni temu na moim facebooku. Adopcja, to nadal temat z którym nie wiemy, jak się mamy obchodzić. Ja sama dopiero uczę się i wchodzę w świat rodzin, które adoptowały dzieci i w świat osób, które myślą o adopcji. Uczą mnie tego kolejne osoby, które decydują się na adopcję, które adoptowały, które boją się adopcji, które jej nie rozumieją.

Staram się połapać w tym wszystkim, aby móc przedstawić Wam to wyważone, bez skrajności, żeby jedno zdanie “Biedni nie mogą adoptować. Wiem, bo się pytałam”, “Mamy za małe mieszkania”, “Kolejki”, “Brak kolejek”, “Nie ma papierologii”, “Jest papierologia” nie definiowały jednoznacznie całego procesu. Pod takimi słowami, zazwyczaj, znajduje się ktoś, kto napisze: “Ale, skąd Ty masz takie informacje, u Nas jest inaczej. Wiem, bo adoptowałam”. Myślę, że z czasem uda mi się odpowiedzieć na pytanie, skąd tyle rożnych informacji od osób, które zdecydowały się i zainteresowały tematem adopcji. Czy winny jest temu system? Czy brak jest w nim jasnych informacji? Czy może pracownicy takich placówek inaczej definiują ten system, a to przejawia się właśnie postępowaniem, które rodzi takie opinie? Niestety nie znam tej odpowiedzi na dzień dzisiejszy, ale bardzo chciałabym podjąć się wyzwania i dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje i jaka jest tego przyczyna. Mam nadzieję, że dzięki Wam, uda mi się odpowiedzieć wkrótce na te pytania.

Niektórzy milczą, kiedy ktoś z grona znajomych wspomina, że adoptował dziecko. W niektórych głowach szwenda się słowo “ostateczność”. Nie dostrzegając, że wiele rodzin jest dzięki temu szczęśliwa i że słowo “ostateczność” wcale tutaj nie pasuje. Ziarno takiej opinii sieją wiadomości o nieszczęśliwych historiach adopcyjnych, przy których nikt nie zadaje sobie pytań, czy naturalne macierzyństwo zawsze jest szczęśliwe?

Odkąd zaczęłam prowadzić bloga – poznałam wiele szczęśliwych rodzin, które zdecydowały się na adopcję, poznałam niezwykłe bohaterki, a także ludzi, którzy zastanawiali się, czy aby obrana droga zaprowadzi ich do szczęścia – nie zaprowadziła.


***

Karolina, mama z serca. Adoptowała wraz z mężem 3 miesięcznego chłopca, który jest jej oczkiem w głowie. Pełna radości i niezwykle otwarta osobowość.

Tymi pytaniami mam nadzieję, że rozwiejemy wiele wątpliwości, jakie rodzą się w głowach osób, które adoptują dziecko i, które rozważają adopcję. Chciałabym pokazać Wasze/Twoje myśli, nawet te negatywne, ludzkie, które przychodziły do głowy podczas procedury. Na spokojnie.

Witaj, czy mogłabyś się przedstawić?

W chwili obecnej skończyłam 32 lata. Mam na imię Karolina. Jestem zwykłą dziewczyną, która skończyła studia (licencjat), pracuje – zmieniając co jakiś czas pracodawców – poszukując swojego miejsca. 12 lat temu poznałam mojego męża. Parą jesteśmy od lat 7, małżeństwem od 6.

Jak wyglądały Wasze starania o biologiczne dziecko?

O nasz mały cud staraliśmy się jeszcze na chwilę przed ślubem. Oboje byliśmy po burzliwych związkach, pewni siebie, pewni tego, że chcemy mieć dziecko. Po pół roku starań i  wiedzieliśmy już, że to nie jest to takie proste. Seks powoli przestał być przyjemnością, a rytuałem, obowiązkiem w konkretne dni.

Zaczęliśmy szukać lekarza. Trafiliśmy na fantastycznych specjalistów i po 5 latach powiedziałam dość!

Nie będę mamą biologiczną, czas się z tym pogodzić

To nie było proste, ani dla mnie, ani dla męża, ani dla naszych rodzin.

Nikt nie lubi przegrywać, a my przegraliśmy – tak nam się wydawało.

Przeszliśmy 2 procedury inseminacji. Załapaliśmy się do rządowego programu in vitro, bez którego nie moglibyśmy spróbować, ani razu – spróbowaliśmy 4 razy. Po każdej procedurze wierzyłam, że jestem w ciąży. Gdy podczas USG widziałam małą plamkę na monitorze – wierzyłam, że maleństwo się utrzyma, że z nami zostanie. Rozmawialiśmy z brzuchem przez 10-12 dni (do wykonania testu) prosząc, aby okruszek został z nami, obiecując mu wszystko co najlepsze.

Maleństwo nie zostało z nami ani razu. Rozpacz, dramat, depresja.

Podczas tych procedur, rozmawialiśmy o adopcji. Maż nie miał nic przeciwko. Poprosił tylko, żebyśmy spróbowali wszystkiego co daje nam medycyna. Jeżeli to zawiedzie – kończymy.

4 procedury in vitro wykończyły mnie przede wszystkich psychicznie, później finansowo.

Będę mamą adopcyjną

Po tylu latach walki, milionach wykonanych testów, przepłakanych nocy, przeżytych ciążach w rodzinie i wśród znajomych – nieistotne było już dla mnie w jaki sposób zostanę mamą – chcieliśmy dzielić się naszą miłością z małym człowiekiem, którego będziemy wspierać do końca naszych dni. Wiedzieliśmy, że to dobra decyzja, chociaż  strach paraliżował nas do samego końca.

Z czym kojarzyła Ci się adopcja, zanim zjawiliście się w ośrodku adopcyjnym?

Z ogromem papierów, ze starymi babami (przepraszam za określenie), które będą oceniać, czy nadajemy się na rodziców i których nie będziemy mogli “pokonać”.  Jak się okazało, nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Chcemy adoptować dziecko, co dalej?

Zaczęliśmy od znalezienia w Internecie ośrodków adopcyjnych, które znajdują się najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Gdy już wybraliśmy ośrodek (bez konkretnej przyczyny wybraliśmy właśnie TEN), sprawdziliśmy, jaka dokumentacja jest potrzebna do złożenia „wniosku o dziecko”.

Po zebraniu dokumentów (każdy ośrodek ma swoje procedury w tym temacie) takich jak: akt małżeństwa, pity za poprzedni rok, informacja od lekarza rodzinnego, psychiatry i ginekologa o niemożności posiadania biologicznego potomstwa, swoich życiorysów oraz „podania o dziecko” – umówiliśmy się na spotkanie w ośrodku adopcyjnym. Tam wcale nie stara baba, tylko przemiła Pani psycholog, wypytała nas o warunki mieszkaniowe, czy jesteśmy pewni, czy ktoś nas namawiał, czy próbujemy nadal naturalnie.

Po sprawdzeniu wszystkich dokumentów, mieliśmy oczekiwać na telefon w sprawie wizyty Pani pedagog w miejscu naszego zamieszkania, celem zweryfikowania naszej prawdomówności. Na wizytę czekaliśmy dwa miesiące (dokumenty bowiem złożyliśmy na początku lipca – okres urlopowy, musieliśmy przeczekać).

W połowie września przyszła do Nas pedagog. Miła, ciepła starsza Pani, która co prawda, była bardzo zachowawcza, ale czułam, że jesteśmy w dobrych rękach. Od października do końca listopada uczestniczyliśmy w szeregu spotkań z psychologami i pedagogami, którzy wypytywali nas o wszystko co dotyczyło nas i naszych rodzin. Dzieciństwo, relacje z rodzicami, teściami, rodzeństwem.

Sprawdzani byliśmy, jako małżeństwo, jako ludzie i jako potencjalni rodzice.

Spotkania był dla nas bardzo emocjonujące, wypełnione niejednokrotnie łzami i kłótniami. Na wiosnę miały się odbyć szkolenia/warsztaty, które w naszym ośrodku trwały 5 kolejnych sobót, po których mogliśmy zostać pełnoprawnymi kandydatami na rodziców.

Cudownie się stało, że już w lutym otrzymaliśmy telefon, iż jedna z par nie może uczestniczyć w szkoleniach zaplanowanych na luty i mogliśmy wskoczyć na ich miejsce.

Na warsztatach poznaliśmy ludzi takich jak my, normalnych, fajnych ludzi, którzy marzą o rodzinie. Warsztaty poruszały różne tematy, od aspektów prawych po rozważania, czy mówić dziecku o adopcji. Najgorsze dla mnie było to, że musiałam obnażyć się przed innymi, obcymi ludźmi.

Najgorszy temat dotyczył tego, czy pogodziłam się z tym, że nie mogę być w ciąży

Ile trwała cała procedura?

U nas wszystko trwało równy rok.

Kwestia finansowa 

Na szkoleniu byli ludzie, którzy mieszkali w kawalerce, byli nauczycielami w wieku ok. 40 lat. Nie trzeba więc się bać, że mamy za małe mieszkanie, czy dochody. Trzeba po prostu pójść i pogadać.

Mity adopcyjne, które najczęściej spotykałaś?

Że tylko bogaci adoptują.

Jak wybraliście Waszego Syna?

To Syn nas wybrał. Pisząc podanie do ośrodka, określamy, jakim dzieckiem jesteśmy zainteresowani. Możemy określić płeć, wiek, kolor włosów oczu. My określiliśmy wiek i to, że chcemy zdrowe dziecko. Jak każde z rodziców marzymy o zdrowym dziecku. Mieliśmy tę szansę i mogliśmy wybrać. Poprosiliśmy aby nasze marzenie było jak najmłodsze – maksymalnie do roku. W pewien poniedziałek, zadzwonił telefon i ta sama starsza Pani, która była u nas na wizycie domowej, poinformowała mnie, że jest chłopczyk, który ma 2 miesiące i szuka rodziców.

Ten telefon to takie moje dwie kreski na teście ciążowym

Strach, czego się bałaś?

Od telefonu bałam się już w zasadzie wszystkiego. Tego, że będę kiepską mamą, że nie dam rady, że może Bóg celowo pozbawił mnie możliwości zajścia w ciążę, bo wiedział, że zawiodę. Pomogła mi siostra, która sama już była mamą 2 lata. Mówiła mi o tym, że sama się bała zanim jej dziecko się urodziło i też miała milion wątpliwości.

A czego się nadal boisz?

Teraz niczego się nie boję.

Mamo, tato – będziecie dziadkami. Jak powiedzieć o tym innym

U nas ta rozmową była bardzo naturalna, bez większego halo. Moi rodzice zapewnili nas o bezwzględnym wsparciu, teściowie również (teściowa bała się tylko, czy mały będzie zdrowy i z dobrymi genami, coby bandzior się nie trafił).

Jestem drugą mamą, co czujesz do tej pierwszej?

Jestem jedyną mamą mojego dziecka. Syna urodziła pewna Pani, która nie mogła go zatrzymać ze względów finansowych. Na początku dużo o niej myślałam. Wolałam aby była alkoholiczką, nieodpowiedzialną babą, nie miała kasy, a ona miała już starszych kilkoro dzieci i było mi jej szkoda. Byłam jej wdzięczna. Napisałam nawet do niej list (adres miałam z wypisu młodego ze szpitala ) – nie wysłałam.

Czy miałaś nadzieję, że po adopcji zajdziesz w ciążę?

Tak, ale nie miałam i nie mam nadal jakiegoś ciśnienia z tego tytułu. Wiem, że to się po prostu zdarza. Czysta głowa, szczęście biegające pod nogami, tysiące nowych obowiązków i wtedy okazuje się, że jest ciąża. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś może się uda.

I zjawił się On

Adopcja adoptowałam dziecko

Telefon zadzwonił w poniedziałek, a w piątek – dowiedzieliśmy się wszystkiego o Pani, która urodziła nasze Dziecko – pojechaliśmy razem z pracownikiem z ośrodka poznać naszego Syna.

Spotkanie magiczne i wzruszające. Musiałam zacząć marzyć na nowo, bo nasze marzenie właśnie się spełniło. Był idealny i strasznie podobny do mego męża. Nie chciałam go zostawiać już ani na sekundkę. Niestety, musieliśmy czekać jeszcze miesiąc na zabranie go do domu – co było czymś okrutnymi i niezrozumiałym dla nas.

Po wizycie w domu tymczasowym złożyliśmy dwa wnioski w sądzie. Pierwszy o zgodę na tzw. styczność z dzieckiem tj. oto, żebyśmy do czasu rozprawy mogli Młodego zabrać do domku i budować z nim więź. Drugi o przysposobienie dziecka. Do tego czasu Syn pozostawał w domu tymczasowym w którym po uzgodnieniu z opiekunem mogliśmy odwiedzać. Po ok. 2 tygodniach od złożenia wniosków w sądzie, mieliśmy wizytę kuratora w domu, który weryfikował informację z ośrodka dotyczące m.in. warunków mieszkaniowych i tego, czy mamy już jakiś kącik dla skarba.

Wydawało mi się, że w telewizji, prasie, radiu wszyscy mówią, że chcą dla dzieci jak najlepiej. Nasze dokumenty miesiąc czekały na podpisanie ich przez sędziego. Jego sekretarka tłumaczyła go natłokiem spraw. Miesiąc czekaliśmy na stempelek, który pozwolił nam zabrać dziecko z przepełnionego domu tymczasowego, do domu w którym czekał na niego jego pokoik i ludzie, którzy kochają go najmocniej na świecie.

3 lipca otrzymaliśmy zgodę na zabranie Syna do domu i od tego czasu byłam na macierzyńskim. W listopadzie mieliśmy rozprawę na której sąd orzekł, że Nasz Syn w świetle prawa jest już naszym synem i otrzymał nasze nazwisko.

Są dzieci z brzuszka i z serduszka. Nasz jest z serca

Adoptowałam dziecko. Pierwsze dni, jako mamy

Wspaniałe, mogłam na niego patrzeć godzinami, całować, tulić i zapewniać o swej miłości. Uczyliśmy się siebie nawzajem.

Adoptowaliśmy dziecko – pierwsze dni rodziców 

Lekko nie było. Dopiero  teraz mieliśmy powody do kłótni. Zmęczenie, dawało się we znaki a niewyrzucona pieluszka powodowała spięcia. Jak widać – przetrwaliśmy. Znajomi zapewnili nas, że to normalne.

Pierwsze niepowodzenia

Synek nie spał w nocy. Budził się czasem co 0,5 godziny. Było to okropne i trwało przez prawie rok.

Pierwsze zwątpienia

Brak.

Dziecko z domu dziecka, a jego historia i genyAdopcja, adoptowałam dziecko

Bąbel miał to szczęście, że kobieta, która go urodziła, była bardzo odpowiedzialna. Załatwiła wszystkie procedury związane ze zrzeknięciem się praw, dlatego Nasz Syn nie odczuł – mam nadzieję -, że był w domu tymczasowym. Do nas trafił mając 3 miesiące. Jego historia przed nami była bardzo krótka. O ile nie zaczęła się za dobrze, to teraz toczy się rewelacyjnie. Geny natomiast, to sprawa nie do przeskoczenia. Musimy być czujniejsi, niż rodzice biologiczni.

Czy adopcja to temat tabu 

Dla nas i naszych znajomych nie. Jak nasi znajomi dowiadują się, że adoptowaliśmy Syna są wręcz pełni podziwu.

Czy mieliście chwilę zwątpienia?

Nigdy

Adoptowałam dziecko, małe dziecko

Przez prawie rok w nocy nie spałam. Budziłam się co 0,5 i 1,5 godz.  Nasz Syn wstawał czasem o 1 w nocy  i nie spał do 4-5. Chodziłam rozdrażniona i niewyspana. Maż uważał, że nie powinnam się wściekać i tak w kółko. 🙂

Miłość przychodzi z czasem?

Ja mojego Syna pokochałam już w momencie, kiedy dostałam telefon, że jest i chce, abyśmy zostali jego rodzicami. Mąż potrzebował chwilki.

Rodzeństwo?

Myślimy o tym, jeżeli się zdecydujemy (za jakiś rok, dwa) – chcielibyśmy córeczkę.

Dziękuję za rozmowę,

Ania

adoptowałam dziecko


f3cf55 (4)

Wejdź na stronę Akademii i skorzystaj z niespodzianek, które przygotowałyśmy dla Ciebie

Polub Akademię na Facebooku

Zapraszam Cię na Facebooka i Instagramy 

TOWSRODKU.PL (5)

Pozdrawiam,

Ania