Witam! Czytam czasami historie na blogu i sobie myślę, że i u mnie wydarzył się pewnego dnia cud nad cudami.

Najpierw jednak przeżyłam poronienie w styczniu 2014, po nim przyszły załamanie, depresja i nerwica. Oczywiście wyszłam z tego dzięki mojej terapeutce.

Opowiem Ci, jaki dramat przeszłam, zanim wszystko zaczęło się układać

Z pierwszą ciążą to było tak, że nie miałam okresu chyba ze 4 miesiące, ale nawet nie dziwiło mnie to, bo brałam leki na depresję, które rozwaliły system hormonalny. Potem w końcu wybrałam się do lekarki, ta zaś przepisała mi leki na wywołanie. No i się zaczęło… dostałam okropnych skurczy i bóli, ale nie przyszło mi do głowy, że mogłabym być w ciąży. Bo przecież gdzie owulacja przy braku okresu… pojechałam na kontrolę – wszystko dobrze. Po 2 dniach tego okresu dalej nie było, a ja fizycznie nie byłam już w stanie wstać z łóżka. Lekarz wysłał mnie do szpitala, gdzie pobrali badania i podali luteinę. Stwierdzili, że mam zapalenie pęcherza, bo ciągle latam do toalety.

Po 5 dniach, gdy już wszystko się unormowało, stwierdzili, że mogą wypisać mnie do domu. Ja spakowana elegancko właśnie dzwonię po męża, lecę po receptę, a tu nagle… Lekarka mówi do mnie, że wypisać nie może, bo jestem w ciąży. Wyobraź sobie, przez 5 dni nikt nie zajrzał do moich badań! Zostawili mnie w tym szpitalu, bo stwierdzili, że to ciąża pozamaciczna. Niebawem okazało się, że normalna i wypisali. Pojechałam na kontrolę – miałam lekkie plamienia – na usg stwierdzili krwiaka – wysokie ryzyko poronienia, ale puścili do domu.

Na drugi dzień niestety dostałam już skurczy – trafiłam do innego lekarza. On od razu skierował mnie do szpitala. Zaraz podano leki, kroplówki. Na obchodzie zlecono wykonanie badania i usg. O godzinie 14 zapytałam położnej, czy mogę spodziewać się tego usg, czy jednak nie. Ona obiecała dopytać doktora – akurat obok przechodził ten, który opiekował się moją salą. Wydarł się na mnie, żebym przestała panikować, że ma rzeczy ważne i ważniejsze, a jakieś usg mnie nie wyleczy.

Dwie godziny później dostałam takich skurczy i bóli, że myślałam, że się przekręcę. Zadzwoniłam do lekarza – ten zapytał, jak wyszło usg. To powiedziałam, że żadnego nie miałam, bo pan doktor stwierdził „że usg mnie nie wyleczy”. A ten na to: „Jak to?! Proszę dać mi położną do telefonu”. Kobieta skłamała mu bezczelnie, że nie przypomina sobie takiej sytuacji. Z racji tego, że był to kierownik kliniki, zlecił zaraz usg. Tym razem byli na nim wszyscy lekarze dyżurujący – około 12 osób. Okazało się, że serduszko przestało bić.

 2016 

Niestety później, w 2016 roku okazało się, że mam insulinooporność, hashimoto, niedoczynność i pcos – amh powyżej 17. W październiku 2016 przeszłam pierwszą laparoskopię – okazało się, że na domiar złego mam również endometriozę. A lekarz, który laparoskopię wykonywał całkowicie mi ją “popsuł”.

2017 – endometrioza IV stopnia

W sierpniu 2017 odbyłam drugą laparoskopię u innego lekarza – endometrioza IV stopnia, głęboko naciekająca + adenomioza trzonu macicy i zmiany na wątrobie (po stymulacji u poprzedniego lekarza. Przy endometriozie jest zabroniona stymulacja).


Już
9.11.2017 byłam na ostatniej kontroli po laparoskopii, wstępnie umówiliśmy się nawet na zabieg in vitro w kwietniu 2018, ponieważ ciąża naturalna w moim przypadku graniczyła już z cudem. Tak czy siak dostaliśmy wolną rękę.
Mijały dni, a ja
4 grudnia w dalszym ciągu nie dostałam okresu, mimo wywoływania go luteiną. Powtórzyłam przyjmowanie leku, a 6 grudnia zrobiłam test ciążowy. Pokazywał II kreski.


Chyba nigdy nie byłam tak przerażona, natomiast mój lekarz cieszył się chyba bardziej niż ja.
Do tej pory – odpukać – wszystko jest w porządku, po cichu cieszę się, ale wiem też, że może być różnie.
Podsumowując, na te upragnione II kreski czekałam 3 lata i 11 miesięcy.

Wiesz, dziś myślę, że w tym wszystkim dobry lekarz to podstawa – ja trafiłam na Mikołaja Karmowskiego z Wrocławia. Miałam pcos rozwinięty do takiego stopnia, że nowe pęcherzyki nie miały jak się wydostać, bo ze starych zrobił sie tzw. beton.


Ogólnie dużo też zawdzięczam terapeutce – jestem na facebookowej grupie od endometriozy i uważam, że ponad połowa osób ma tam depresję, albo przechodzą załamanie i nie są tego świadome. A widać to choćby po ich prostych wpisach…
W swojej staraniowej historii
chodziłam również do fizjoterapeuty i osteopaty. Ze 3 razy byłam nawet u znachorki – to dopiero był hit!  Dużo miałam z nią historii. Zaznaczę, że ja sama jestem wierząca, wiem, że takie znachorki są różnie odbierane.

Cieszę się, że są osoby, które prowadzą takiego bloga jak Ty, Aniu. Jesteście nam potrzebne.

Natalio, dziękuję za Twoją dającą nadzieję historię! <3