Prawie 3 lata temu po roku oczekiwań trafiłam na oddział endokrynologii z powodu hiperprolaktynemii. Na miejscu okazało się, że nie ma już po niej śladu, ale niestety mam PCOS. Nie zapomnę jak lekarz mi to przekazał w formie żartu:

Ma Pani PCOS, może mieć Pani duży problem z zajściem w ciążę, ale przynajmniej ma Pani dużo testosteronu, a faceci to lubią ;).

To się pośmialiśmy. Oczywiście, jakby tego było mało, 30 min później mój chłopak oznajmił, że ma super wiadomość. Jego siostra jest w ciąży. Poważnie? Dzisiaj? Akurat dzisiaj się o tym dowiaduję?! Jestem po pedagogice, kocham dzieci, pracuję z nimi i nie wyobrażam sobie życia bez nich, wtedy to wszystko to dla mnie była jakaś kumulacja. Jeszcze dowiedziałam się, że zamiast jechać na długi weekend w góry muszę zostać w szpitalu na dodatkowe badania. Miało być 3 dni a zrobiły się 2tyg.

 

W szpitalu poczytałam o PCOS i uspokoiłam się. Tyle kobiet zaszło w ciążę. Poza tym żadne objawy mi się nie zgadzały:

szczupła,

bez nadmiernego owłosienia i innych opisywanych rzeczy.

 

Mimo to postanowiliśmy “na wszelki wypadek” już próbować. Od razu po wyjściu ze szpitala (z ostatecznie stwierdzonym PCOS, IO i anemią). Przestaliśmy się zabezpieczać i byłam pewna, że w wieku 22 lat zostanę mamą -średnio mi to pasowało, ale damy radę. Mijały miesiące i w końcu dotarło do mnie, że zaraz kończę 23 lata, a mamą nadal nie jestem. Nawet nie jestem w ciąży! Pomyślałam, że może zacznę liczyć te całe płodne i niepłodne – jak pomyślałam, tak zrobiłam. Miesiąc, drugi, trzeci, czwarty i nic – kurde, co jest grane. No dobra, coś jednak jest nie tak – poszłam do lekarza. Monitoring jeden, drugi, trzeci.

“Pani nie ma owulacji. Dam Pani clo, lek stymulujący, tylko musi Pani być pewna, że chce Pani dziecka, bo w przeciągu 3 miesięcy będzie Pani w ciąży”.

Ok, mamy powód, teraz pójdzie z górki. Minęło 6 miesięcy na clo. W międzyczasie badania nasienia i różne inne.

“Są wakacje, ja Pani dam jeszcze 2 opakowania na 2 miesiące, na wakacjach człowiek ma pustą głowę. Na pewno wróci Pani w ciąży.”

Nie wróciłam. Skończyłam terapię clo i wszystkim innym.

***

Jak do tego ma się Twój blog i pomoc?

***
Już odpowiadam. Podczas starań (szczególnie podczas brania clo) byłam w innym świecie. Żyłam od owulacji do testu, i oczywiście nikt mnie nie rozumiał, nikt, a szczególnie mój partner. Powtarzał tylko: “Będzie dobrze, w końcu się uda, zobaczysz”, a ja go za to nienawidziłam, bo przecież wcale się nie udawało. Kiedy nadchodziła owulacja to kochałam go nad życie, bo przecież “Musimy się jutro kochać Skarbie, mam owulacje, a tak na wszelki wypadek to jeszcze dziś, za 2 dni, za 3 i za 4 też…”. Jak tylko słyszałam “Nie mam dziś siły Kochanie”- dostawałam szału, bo “Tylko mi zależy, Ty jak zwykle masz to gdzieś!”.

*

Wtedy właśnie, w krytycznym dla nas czasie trafiłam na Twój blog

To znaczy trafiłam na niego już wcześniej, ale wtedy zaczęłam go namiętnie czytać. Pamiętam jak trafiłam na tekst:  “Nieporozumienia w związku pary niepłodnej. Jego oczami”.

Olśniło mnie. Wszystko co opisałaś wyglądało tak jak w moim związku, czyli mój facet nie był dziwakiem, a zwyczajnie mówił mi to co aktualnie myślał.  Jak ten tekst mi pomógł, NAM pomógł.

***
Później przeczytałam tekst tonieplodnej “Seks, jak w zegarku”, śmiałam się, po czym uświadomiłam sobie, że po części śmieję się z siebie.

**
Przestałam liczyć, mierzyć, namawiać do seksu “bo jest owulacja”. Czuję się spokojniejsza, szczęśliwsza i zdrowsza. Dzięki Twoim wpisom o diecie, sama zaczęłam stosować odpowiednią pod moje choroby. W końcu, chociaż powinnam to już zrobić dawno temu.

***
Wiem, że nie na takie zakończenie liczyłaś, bo w ciąży nadal nie jestem, ale dzięki blogowi uleczyłam swój związek i siebie. Jestem zdrowsza psychicznie. Dziękuję! 😉


Dziękuję za przesłaną historię! Cieszę się, że blog Wam i Tobie M. pomaga.

Jeżeli chcecie podzielić się swoją historią. Mój mail: towsrodku@gmail.com