Nie trzeba dziecka nosić pod sercem, żeby wypełniło się miłością do niego.

Dla Pani C. noszenie go  pod sercem nie wystarczyło, żeby się w nim zakochać. Serce Pani K. zostało wypełnione miłością, kiedy tylko dowiedziała się, że jest nadzieja, że Pani C. je zostawi. Czasem jest tak, że rosnące w Tobie dziecko nie jest Twoje. Sytuacja cię przerasta, dziecko jest pomyłką. Nie chcesz go, balast zostawiasz w szpitalu i odchodzisz. 

Pani C. była dość dobrze sytuowana, biorąc pod uwagę, jak na tamte czasy telefon komórkowy i zestaw słodyczy, który wysypywał jej się z szafki. Czy ja właśnie oceniłam majętność człowieka po słodyczach? Chyba tak. Pani C. skończyła zawodówkę fryzjerską, w rozmowie nie przypominała głupiej osoby. Była osobą spokojną, wiedziała że ktoś strajkuje, że gdzieś był wypadek, a o 17 lecą “Trudne Sprawy”. Była zwyczajna, przeciętna, nie wyróżniająca się ani głupotą, ani inteligencją.

Spotykała się z jakimś chłopakiem, podobno młodszym. Mieli ze sobą jakieś chwile uniesienia, które zaowocowały pozytywnym testem ciążowym. Chłopak podobno licealista, chyba ostro się przestraszył. Zapewne nie spodziewał się, że stosunek bez zabezpieczenia może zakończyć się ciążą. Ona zapewne tez się tego nie spodziewała. Młodzi i głupi.

Podobno rodzice wyrzucili dziewczynę z domu. Mała miejscowość, wstyd  na całą mieścinę, że nawet ksiądz w kościele zasugerował, żeby swoich córek lepiej pilnować.

Chłopak podjął jedną z najbardziej dojrzałych decyzji w swoim życiu i się ulotnił przy okazji wypierając się wszystkiego. Pani C. schronienie chwilowe znalazła u koleżanki, która pomogła znaleźć lokum zastępcze dla samotnych kobiet. Brzuch rósł, rosła nienawiść do świata. Jak mogła być taka głupia, straciła rodziców, chłopaka, dobre imię, a wszystko to dzięki temu czemuś w jej brzuchu. Rodzice źli, wyrażali się o dziecku per bękart. Straszny wstyd, podobno na wsi temat nie schodził ludziom z ust, bo Ojciec rolnik we wsi majętny.

Pani K. starała się o dziecko bardzo długo. Ile to jest długo? Na tyle żeby otrzeć się o depresje, jakieś środki i prawie rozwieść się z mężem. Łamiąc się po kolejnym IVF, nie chciała napisać którym. Odezwała się ostatnio do mnie.

Zostawienie dziecka przez matkę to czyn haniebny, prawda? Na szubienice wszystkie takie, czy inne stracenie. Dzięki temu czego dopuściła się Pani C. z frustrowanej i obrażonej na życie zgorzkniałej Pani K. ulepiła kobietę ciepłą i serdeczną.

Błagam, zostaw to dziecko

Jak to możliwe, żeby zostawić swoje dziecko. Pani K. kiedy dowiedziała się o tym, modliła się w myślach, żeby Pani C. zdania nie zmieniła, żeby zostawiła dziecko w szpitalu.

Adopcja

Pani K. nie chciała żeby dziecko było lekarstwem na to, że nie umie poradzić sobie z niepłodnością. Dojrzewali razem z mężem do tej decyzji. Do końca wierzyli, że pokonają endometriozę. Któregoś dnia, dosłownie, poddali się. Koniec.

To był kluczowy moment. Nauczyli się żyć jako bezdzietna rodzina. Na drodze spotkali parę, która adoptowała syna, byli szczęśliwi. Temat odżył, nie niepłodności, ale adopcji. Wcześniej nie dopuszczali takich myśli. Bali się adopcji, ale pomimo tego, zaczęli jej pragnąć i „fiksować”, tak samo jako co miesiąc w staraniach.

Zadzwonił ten telefon

On zadzwonił. Pani K. upuściła talerz z zachwytu, podniecenia i strachu. Pojechali. Papiery. Pierwsze spotkanie. Oczekiwania na rozprawy. Wszystko działo się tak szybko, że dokładnie nie pamięta co działo się trzy lata temu. Za to dobrze pamięta pierwsze spotkanie i nogi z waty. Pamięta jak przekroczyli próg ich domu. Dotąd przyzwyczajeni do ciszy, do lampki wina wieczorami.

Dwoje dorosłych ludzi stało się nagle rodzicami. Pamięta bezsilność, płacz i rozrywanie serca przy pierwszej gorączce. Stała się mamą, taką prawdziwą. Wspomina, że czasem było ciężko. Mówiła, że to dziwne uczucie, kiedy możesz nie spać całą noc, żeby wpatrywać się w swoje dziecko.  Mijały miesiące, a Pani K nie wyobrażała sobie już innego życia. Dziękuje matce Małej N., że Pani C. zostawiła ją samą i bezbronną w szpitalu. Kruszynę, którą pokochała po jednym telefonie. “Nie musiałam jej widzieć, żeby została moim dzieckiem”.

Ja to poczułam, gdy tylko zostało zasiane ziarno nadziei, że może być nasza.

Nie musiałam nosić pod sercem, żeby Cię pokochać

Obecnie Mała N. to rezolutne ciekawe dziewczę, które tego dnia, gdy pisałam z Panią K. rozwaliło kolano goniąc psa, ubrudziła swoją białą bluzkę zupą pomidorową, którą gotowała w dzień z babcią. Zgubiła na spacerze rękawiczkę, za którą mama była zła, bo to już kolejna w tym miesiącu.

Pani K. określa się mianem kobiety wdzięcznej, że MATKA SWE DZIECKO W SZPITALU ZOSTAWIŁA.