Samotność w niepłodności – historia Agnieszki, która napisała o tym książkę

Samotność w niepłodności

Chciałabym przedstawić Wam historię Agnieszki, która opisała to co czuła, kiedy walczyła z niepłodnością.

Wszystkie fragmenty tekstu pochodzą z książki: „Samotność w niepłodności”. Więcej na temat książki można przeczytać na stronie:  http://samotnoscwnieplodnosci.

***

Samotność w niepłodności

To już prawie pięć lat… Minęło, nie wiem kiedy. Czasami aż wierzyć mi się nie chce, że noszę to w sobie tak długo. Kropla drąży skałę i choć ta skała była kiedyś silna i twarda, to pięć lat powolnego drążenia wydłubało we mnie, w moim sercu, sporą wyrwę.

Z medycznego punktu widzenia oboje z mężem jesteśmy zdrowi: kilkakrotne badania krwi – wszystkie hormony w porządku, budowa narządu rodnego – książkowa, brak cyst, torbieli, mięśniaków, endometriozy, przeciwciał na plemniki i czegokolwiek innego, oba jajowody idealnie drożne, owulacje prawidłowe – może nie comiesięczne, ale prawie. Mąż z kolei ma całkiem dobre wyniki badania nasienia. Wszystko w normie.

Zawsze wydawało mi się, że w ciążę zachodzi się natychmiast w momencie zaprzestania zabezpieczania się. Jakież było moje zdziwienie, gdy u mnie nie nastąpiło to ani natychmiast, ani nawet z opóźnieniem zapłonu. Do tej pory nie nastąpiło to nigdy.

***

W pewnym momencie bezpieczniki w głowie strzelają. Po prostu pieprzną i nic już nie jest takie jak poprzednio. Pewnego dnia, gdy po raz enty w grobowym nastroju przywitałam w toalecie kolejną, znienawidzoną już, wredną małpę, po prostu poczułam, że zsuwam się w jakiś cholerny, głęboki dół. Leciałam i leciałam, i leciałam, i końca tego lotu nie było widać. Czułam się wyczerpana, rozdarta, z wywleczonym sercem na drugą stronę i bardzo samotna. Zdałam sobie wtedy sprawę, że mimo iż mąż jest cały czas przy mnie, cały czas mnie wspiera dobrym słowem i nadzieją, to tak naprawdę stoję sama na tym placu boju i walczę z wiatrakami jak ten pieprzony Don Kichot.

Miałam do męża ogromny żal, że nie odczuwa tego tak jak ja, że nie pragnie tak bardzo jak ja, że czas leci, a on zdaje się tego nie zauważać, że jest w tym wszystkim bierny i bezczynny. Do tego doszła jeszcze kwestia seksu prokreacyjnego, na zegarek, na czas, brak jakiejkolwiek spontaniczności i luzu w naszym życiu erotycznym – nikt, kto nie przeszedł przez długie, zbyt długie staranie się o dziecko, nie zrozumie tego, o czym piszę. Mówi się, że niepłodność może wzmocnić silne pary i rozbić te słabsze. Zgadzam się z tym w 100%. To jest próba ogniowa dla wszystkich ludzi zmagających się z tą prawie niewidzialną, niedającą żadnych objawów chorobą.

SAMOTNOŚĆ W NIEPŁODNOŚCI

 

***

 

Niedawno nasze dalekie kuzynostwo sprowadziło na świat pierworodnego. Przyjechali do dziadka, który mieszka obok nas, i wyszli na spacer z dzieckiem. Przechodzili obok naszego domu, dumnie pchając wózek. Grzeczność, dobre wychowanie i ludzka życzliwość krzyczały we mnie, że wypadałoby podejść do furtki, pogratulować, pozachwycać się maleństwem. Wcześniej tak robiłam – zagryzałam zęby i oglądałam pięknego lub mniej pięknego, ale zawsze słodkiego niemowlaka. Uśmiechałam się, komplementowałam, gratulowałam i robiłam najwspanialszą minę do złej gry.

Tym razem coś mnie zamurowało i nawet nie drgnęłam z miejsca. Nie mogłam, nie chciałam (!!!) odgrywać kolejnej scenki rodzajowej. Miałam w głębokiej czeluści to, co sobie o mnie pomyśleli. Jednocześnie racjonalnie zdałam sobie sprawę, że to przecież nie ich wina, że bez większych problemów spłodzili syna pół roku po ślubie. To nie ich wina, że na nas wypadło znalezienie się w tych 10–15% niepłodnej populacji. A mimo to nie potrafiłam się ruszyć z miejsca. Pomachałam im z daleka, złorzecząc w duchu na winobluszcz pięcioklapowy, który mimo że na naszym ogrodzeniu rośnie szybko, to jednak nie na tyle szybko, by odgrodzić nas zieloną ścianą od reszty świata.

Niewidzialną ścianą choroby zwanej niepłodnością sama odgrodziłam się od reszty świata już dawno, dawno temu…

***

To, że podchodzimy do procedury in vitro, jest dla mnie taką abstrakcją, że mam wrażenie, że dzieje się to, ale jakby obok mnie, jakby działo się to w życiu innej osoby, jakieś światy równoległe czy coś w tym stylu. Z jednej strony nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że in vitro kiedykolwiek będzie nas dotyczyło. O tym się słyszało, to się działo, ale w życiach innych osób. Co więcej, kiedyś mówiliśmy sobie z mężem: „Inseminacje tak, ale in vitro nie”. A teraz dzieje się to w moim życiu i jest dla mnie jak scena z filmu science fiction. Po prostu wierzyć mi się nie chce, ale w końcu muszę w to uwierzyć, skoro rozpoczęłam długi protokół w procedurze in vitro: codziennie rano łykam tabletkę antykoncepcyjną (wyciszanie jajników), a za ok. dwa tygodnie zaczynamy nakłuwanie brzucha i tyłka (stymulacja jajników).

Zaczęłam kolejny etap w naszej walce o dziecko i jednocześnie staje się to kolejnym doświadczeniem w moim życiu pt. „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”.

Mam przynajmniej taką nadzieję…

***

Czasami są takie dni, że emocjonalnie i energetycznie fruwam, a czasami wszystko jest szaro-bure i światełka w tunelu brak. Dzisiaj jest taki dzień. Gdy pomyślę, że kolejne podejście może się okazać klapą… Wiem, mam tak nie myśleć. Tylko pozytywne myśli… wiadomo. Ale mam wrażenie, że do tej pory cały czas emanowałam pozytywnymi myślami – najpierw przy staraniach naturalnych: wierzyłam, że się uda; później przy inseminacjach: wierzyłam, że się uda; później przy in vitro: wierzyłam, że się uda… Widocznie strasznie słaba ta moja wiara – cudów nie czyni…

Zaczynam przygotowywać plan: „Co dalej, jeśli jednak się nie uda?”. Adopcja? Odpuszczenie tematu? Daleka podróż? Zmiana pracy? W tej już nie dam rady funkcjonować – jestem tam tylko ze względu na to, że cały czas się staram, staram, staram, od pięciu lat się staram o ciążę. Dawno przestałam się rozwijać, samorealizować, nie mówiąc już o jakiejś ambicji – od ponad roku zagryzam zęby i udaję, że nie mam żadnych ambicji, że mi tak dobrze.

Przez ten czas podeszłam do trzech inseminacji i jednej procedury in vitro. I nadal jestem w tym samym punkcie, z którego rozpoczynałam. Czuję, jakbym dreptała w miejscu albo zaginęła w labiryncie i cały czas dochodziła do tego samego punktu, w którym zaczynałam swoją drogę. Moje obecne życie to jeden wielki labirynt. I nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę z niego wyjście – do świata, do ludzi.

Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze odzyskam drogę do samej siebie…

***

Przedwczoraj płakałam jeszcze przed otwarciem wyników badań – płakałam i modliłam się jednocześnie. W pierwszym momencie przez łzy nie potrafiłam odczytać wyniku, miałam nawet omamy, że wynik jest jednocyfrowy i serce mi stanęło na sekundę. W końcu wytężyłam wzrok i zobaczyłam: 388. Wtedy pomyślałam, że ktoś w laboratorium się pomylił… Naprawdę taka była moja pierwsza myśl. Pomyślałam, że ta druga ósemka pojawiła się tam przez pomyłkę. Albo że to w ogóle nie są moje wyniki. Minęło kilka, kilkanaście długich sekund, zanim wybuchnęłam płaczem i dotarło do mnie, że to naprawdę mogą być MOJE wyniki!

Później pobiegłam do łazienki po test ciążowy. Robiłam go trzęsącymi się dłońmi, myśląc sobie, że przekonam się, czy w laboratorium jednak nie podmienili próbek. Po chwili, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam drugą kreskę…

***

 

Agnieszka Mans
Więcej na temat książki można przeczytać na stronie:  samotnoscwnieplodnosci.pl

Ice Cream Party (4)

Tagi:

Related Posts

by
Witaj, nazywam się Ania i tworzę to miejsce z myślą o osobach, które starają się o dziecko i interesują się swoim zdrowiem. Zdrowie to również jedzenie, przepisy i wolny czas. :)
Previous Post Next Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

32 shares

Kategorie