Klaudia, zgodziła się na wspomnienia. Opowiedziała mi o tym, co czuje kobieta, która przeżyła śmierć dziecka.

Pewnej nocy zadzwonił do niej telefon w którym poinformowano ją, że stan jej córeczki Julki nagle się pogorszył. W szpitalu na rodziców dziewczynki czekały informacje, które na zawsze zmieniły ich życie… Klaudia straciła cząstkę siebie.

 

Ciąża prawidłowa

Jeszcze 3 lata temu moje życie wyglądało jak życie większości nastolatek. Szkoła, przyjaciele, imprezy. W tak młodym wieku mało która dziewczyna myśli o założeniu rodziny i życiu na własny rachunek. Przecież nie ma nic lepszego, jak na “garnuszku u mamy”. Ja jednak postanowiłam inaczej. Swojego chłopaka poznałam na jednej z imprez. Od samego początku znaleźliśmy wspólny język. To właśnie z nim postanowiłam wyprowadzić się od rodziców i zacząć prawdziwe dorosłe życie. Początki jak to zawsze bywa były super. Pomimo, że rozmawialiśmy o dziecku nikt z nas nie myślał, że to się zdarzy tak szybko.

Po niespełna 5 miesiącach wspólnego mieszkania byłam w ciąży. Emocje? Radość przez łzy. Mój brzuch stawał się coraz większy. Na usg dowiedziałam się, że będziemy mieli córkę. Ogromna radość. Od początku do brzucha mówiła JULKA. Nasza mała księżniczka Julka. Każde badania, wizyty, usg-ciąża książkowa. Miałam tyle siły i radości, że góry mogłam przenosić.

Poród nieprawidłowy

Do szpitala trafiłam w 36 tyg ciąży z bólami brzucha. Wiedziałam, że ciąża nie jest donoszona, ale powtarzałam sobie, że przecież 36 tydzień to nie jest tragedia i jeśli dojdzie do porodu to dziecko na pewno da sobie rade. Ułożenie płodu pośladkowe, postępująca akcja porodowa i decyzja o cesarskim cięciu. Nawet nie wiem, kiedy przewieźli mnie na sale operacyjną. Wszystko działo się tak szybko. Pełno biegających lekarzy, krzyki, panika.

***

Córkę pokazali mi dosłownie na ułamek sekundy

***

Nikt nie chciał mi powiedzieć co się dzieje z moim dzieckiem. Dopiero po przewiezieniu mnie na sale operacyjną przyszła lekarka, która poinformowała nas, że dziecko urodziło się z hipotrofią płodu. Mała została przewieziona do innego szpitala na oddział intensywnej terapii noworodka. Julka ważyła 1860g i mierzyła 49cm.

***

Moje niepełne 2 kg szczęścia

***

Mimo obaw i strachu wiedziałam, że sobie poradzi. Ze szpitala wypisałam się na własne życzenie dzień po cc. Z ledwością doczołgałam się do auta, zaciskając zęby z bólu, ale wiedziałam, że moja córka mnie potrzebuje, że to dla niej muszę być silna.

Kiedy pierwszy raz ja zobaczyłam widziałam w niej Dawida. Maleńka jego kopia. Wtedy też po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że na tym oddziale leżą dzieci, które walczą o życie. Moja córka leżała w inkubatorze. Pełno kabli, urządzeń. Popatrzyłam na te wszystkie inkubatory i doszłam do wniosku, że…

***

…w porównaniu do innych dzieci wcale nie jest taka malutka i pewnie ma dużo szans na wyjście z tego.

***

Tak mijały kolejne dni. Dzień w dzień siedziałam u swojej córki. Przez kolejne 2 tyg jeździliśmy do niej. Z dnia na dzień była silniejsza, nabierała kolorów. Radziła sobie coraz lepiej. Lekarze byli w szoku, że tak szybko dochodzi do siebie.

Spojrzała na Nas ostatni raz

Nie wymagała podawania tlenu, osiągnęła te magiczne 2 kg, sama jadła. Lekarze poinformowali nas, że to kwestia kilku dni, kiedy już będziemy razem w domu.  Zabrałam się za pakowanie ubranek, przygotowywanie fotelika dla małej i właśnie wtedy zadzwonił telefon, a w słuchawce:

***

Dzień dobry. Dzwonie ze szpitala. Proszę jak najszybciej przyjechać, bo stan córki gwałtownie się pogorszył.

***

Jak to, moja córka? Przecież za kilka dni miała zostać wypisana do domu. Do ostatniej chwili zanim dojechaliśmy do szpitala wierzyłam w to, że jednak ktoś się pomylił, że to jednak nie moja córka. Niestety. To właśnie była Julka. Maleńka dziewczynka w inkubatorze z brzuszkiem jak balon. Jej maleńkie powieki były tak osłabione, że nawet nie miała siły na chwile ich unieść. Czułam, że dopiero teraz zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem.

***

Diagnoza: NEC (martwicze zapalenie jelit)

***

Kiedy kazali nam opuścić oddział Julka otworzyła swoje oczka i popatrzyła na nas. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to było jej ostatnie spojrzenie, że właśnie się z nami żegnała. Wróciliśmy do domu. W nocy dostałam kolejny telefon:

***

Proszę jak najszybciej przyjechać, stan córki gwałtownie się pogorszył.

***

Dojechaliśmy do szpitala. Wjechaliśmy na 8 piętro (oddział intensywnej terapii noworodka) i już na sam nasz widok wszyscy nas unikali. Żaden lekarz, pielęgniarka nie mieli dla nas czasu. Po około 30 minutach wyszła pielęgniarka, która powiedziała:

Przykro mi, robiliśmy wszystko co w naszej mocy.

angel-1610267_1920

***

Co czułam, kiedy dowiedziałam się, że moje dziecko nie żyje

Zaparło mi dech w piersiach. Stałam jak słup i nie wiedziałam w którą stronę postawić pierwszy krok. Poszłam po raz ostatni zobaczyć swoją córkę. Wyglądała jakby spała. Już bez tej całej aparatury. Jak każdy inny noworodek, który właśnie ucina sobie drzemkę. Byłam w takim szoku, że nie uroniłam ani jednej łzy. Podpisywałam każde dokumenty, które podkładano mi pod ręce. Zbierałam rzeczy swojej córki.

Kiedy przyjechałam do domu, zobaczyłam pokoik, który razem z Dawidem od podstaw urządzaliśmy przez te 9 wspaniałych miesięcy. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że moja córka nigdy w nim nie zamieszka. To własnie tam dopadła mnie największa histeria. Płacz, nerwy i setki pytań, na które do dziś nie znalazłam odpowiedzi. Całe to zamieszanie z pogrzebem, dokumentacja – nie umiałam temu sprostać. Przez pierwsze 3 dni przyjacielem był alkohol. Dziś mi wstyd, że zamiast stawić czoła problemom ja uciekłam w alkohol. Wydawało mi się, że to najlepsza metoda. Pijana zasypiałam, a kiedy tylko otwierałam oczy uderzały we mnie wspomnienia każdego dnia, który z nią spędziłam.

Pogrzeb- najgorszy dzień w moim życiu

Kiedy zobaczyłam maleńkie ciało w bielusieńkiej sukience -wyglądała jak śpiąca królewna-, która już nigdy nie otworzy oczu. Może to dziwne, ale marzyłam, żeby ten dzień jak najszybciej się skończył. Nie chciałam siedzieć na cmentarzu i wpatrywać się w jej grób. Jak najszybciej chciałam być w domu.

W tych 4 ścianach stworzyłam sobie azyl, gdzie płakałam, wspomniałam każdą chwile z nią, każde jej spojrzenie. Emocje? Pretensje do całego świata. Dlaczego właśnie ja? Co takiego źle zrobiłam, że już na samym starcie w dorosłe życie dostałam takiego kopa?! Obwiniałam Boga. Dlaczego w tych rodzinach, gdzie jest alkohol, przemoc, są też dzieci, które rodzą się rok po roku. Dlaczego Bóg mi ją zabrał? Przecież Bóg, który tak bardzo nas kocha i chce dla nas jak najlepiej przysporzył mi tyle bólu i cierpienia? Krótko po stracie Julki zdałam sobie sprawę z tego, że…

…muszę mieć dziecko

Chciałam je mieć za wszelką cenę. Pomimo, że psycholog tłumaczył mi, że muszę najpierw przejść żałobę po stracie córki. Lekarze uważali, że jestem lekkomyślna, bo ciąża w tak krótkim odstępie od CC to kolejna tragedia na własne życzenie. A ja tak bardzo pragnęłam dziecka, że postawiłam wszystko na jedna kartę.

Codziennie chodziłam na cmentarz. Początkowo zadawałam pytania: “Dlaczego mnie zostawiłaś?” Miałam do niej żal. Potem zaczęłam się zastanawiać jak bardzo cierpiała, a ja nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam pomóc mojemu jedynemu dziecku. Idąc na cmentarz zazdrościłam kobietom, które własnie idą ze swoimi dziećmi na spacer.

***

One z wózkami do parku a ja z kwiatkami i zniczami na cmentarz

***

Każdego dnia prosiłam Julkę o rodzeństwo dla niej. Wymyśliłam sobie, że wszystko leży w jej rekach. Popadłam w paranoje. Testy owulacyjne, testy ciążowe, na których nikt nie widział ani cienia drugiej kreseczki, a ja zawsze coś zauważyłam. Wmawiałam sobie, że tym razem się udało, a potem był tylko płacz. Żyłam od miesiąca do miesiąca z nadzieją, że w końcu wyjdzie pozytywny test ciążowy. Udało się!! Zaszłam w kolejna ciążę niespełna 4 miesiące po porodzie Julki. To był pierwszy dzień od 3 miesięcy, kiedy na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Budziłam się w nocy ze strachem, że poroniłam. Przed każdą wizyta u lekarza nastawiałam się na najgorsze.

***

Prosiłam Boga, że jak chce mi znów odebrać moje dziecko niech to zrobi teraz, bo kolejny raz nie zniosę porodu i powrotu do domu z reklamówką rzeczy swojego dziecka.

***

Kiedy nadszedł dzień porodu cała drżałam ze strachu. Urodziłam pięknego zdrowego Synka. Jak go pierwszy raz zobaczyłam widziałam w nim Julkę. Dziś patrząc na ich zdjęcia z pierwszych chwil po porodzie wyglądają jak bliźniaki. Wierzę w to, że to właśnie moja córka czuwała nad nami. Opiekowała się nami każdego dnia, dodawała mi odwagi.

Czy kolejne dziecko jest lekarstwem na stratę?

Nie. Pomaga cieszyć się z bycia rodzicami. Każdego dnia przynosi tyle radości, że na naszych twarzach ciągle gości uśmiech. Julka już zawsze zostanie w naszych sercach i będzie cząstką naszej rodziny. Nie zapomnieliśmy o niej. Są dni, kiedy wszystkie wspomnienia wracają jak bumerang i człowiek ma wrażenie jakby się to wydarzyło wczoraj.  W każdą rocznice odejścia matka myśli jak wyglądałoby jej dziecko. Patrząc na Syna zastanawiam się, jaka byłaby Julka. Wiem tylko tyle, że gdyby ona żyła, pewnie nie byłoby Igora, który jest naszym oczkiem w głowie. Uważam, że poczęcie kolejnego dziecka było pewnym rodzajem walki z bezsilnością i tęsknotą.

Śmierć dziecka – nie ma nic gorszego, niż pochowanie własnego dziecka

Nie ma nic gorszego dla matki, niż śmierć dziecka. Taki ból jest w stanie zrozumieć ten, który przeżył to na własnej skórze. Każdej kobiecie, która jest na tym etapie życia, w którym ja byłam 2 lata temu chcę powiedzieć, że należy zawsze mieć wiarę. Czasem trzeba posłuchać własnego serca, własnych pragnień a nie opinii innych ludzi. Ja nie posłuchałam psychologa, lekarzy. Serce podpowiadało mi, żeby dopiąć swego.

Dziś jestem

Szczęśliwą młodą mamą kochanego Synka, która przeżyła śmierć dziecka.

Dzięki Synkowi uwierzyłam, że ja też mogę doświadczyć macierzyństwa i tej jaśniejszej strony porodu oraz radości z bycia mamą. Nie zapomnę nigdy tego co mnie spotkało. Czasem nie potrafię nazwać tych uczuć. Trzeba się z tym pogodzić i nauczyć tak żyć.

***

“Wszystko co tak kochaliśmy w tym grobie się mieści, Bóg zabrał nam Ciebie nie zabrał boleści”- te kilka słów wyraża wszystko.

***śmierć dziecka